czwartek, 1 lutego 2018

Jak uczyć się cały dzień by niczego się nie nauczyć



Gdzieś w okolicach grudnia siedziałam zdołowana na wydziale, na mojej ulubionej ławce koło kibla i wpisałam w google znamienne zdanie, wątpliwość dopadającą czasami każdego studenta, a dokładniej mityczne ,,jak nie rzucić studiów" Znalazłam same rady, jak te studia rzucić i być potem szczęśliwym człowiekiem, zwłaszcza jeżeli były to studia humanistyczne, jakiś dziwny, nieprzydatny błąd życiowy, zabierający kilka cennych lat które mogłeś spędzić lepiąc wegańskie garnki na Hawajach i medytując w szumie fal. Ponieważ nie lubię ciepła, a nie było żadnego poradnika typu ,,jak zostać konduktorem kolei transsyberyjskiej" zrozumiałam, że studiów rzucić nie powinnam. Wpisałam więc drugie znamienne zdanie: ,,jak się efektywnie uczyć". Już w pierwszym podpunkcie zdałam sobie sprawę, że nie mam szansy na porządne przyswajanie wiedzy i jednak trzeba było zostać konduktorem.Moja sytuacja finansowa okazała się być przeszkodą nie do przekroczenia w walce o dobre zdanie sesji - otóż nie mogłam nagle wyprowadzić się z akademika, wynająć mieszkania z odpowiednimi warunkami i stworzyć tam idealnego miejsca do pracy (najlepiej osobnego pomieszczenia, oczywiście) z jasnymi ścianami, źródłem światła z odpowiedniej strony, wygodnym biurkiem, krzesłem zapewniającym dobrą postawę ciała... Ba, odkryłam, że ja w ogóle nie mam biurka. Jestem typowym człowiekiem akademika, to znaczy cała moja egzystencja toczy się na łóżku - tam śpię (o ile śpię w swoim akademiku, oczywiście, i o ile w ogóle śpię) jem wszystkie posiłki, czytam, rysuję, uczę się, słucham muzyki, leżę i rozważam sens życia, suszę naczynia, przyjmuję gości (jakkolwiek źle to zabrzmiało), oglądam filmy. Mój pokój ogranicza się do łóżka, nie tylko dlatego, że jest tak mały, że fizycznie trudno byłby tam więcej upchnąć. Poza tym mam coś, co w założeniu miało być biurkiem, ale zostało tak koszmarnie zaprojektowane, że żaden człowiek posiadający nogi nie jest w stanie przy nim siedzieć. W związku z tym służy za składzik brudnych naczyń, książek, podręczników i laptopa. Krzesło też posiadam, ponieważ jednak nie mam przy czym na nim siedzieć, służy do sięgania na wysokie półki, wiązania butów i przechowywania ubrań z całego tygodnia. Czasami, w drodze wyjątku, kiedy odwiedza mnie wyjątkowa persona robię porządek na krześle, by ów wybitny gość mógł tam usiąść. Póki co zdarzyło się to dwa razy, raz ze względu na to, że gościłam człowieka całkiem mi nieznanego, więc krzesło idealnie wpasowało się w sztywniactwo atmosfery. Za drugim razem powstała obawa, że wszyscy nie zmieścimy się na łóżku, ale goście i tak zlekceważyli krzesło i jakoś się upchnęli. (Ogólnie łóżko w akademiku to jakiś fenomen pojemności - niby jednoosobowe, a można na nim całą noc oglądać filmy w trzy, cztery albo pięć osób.) Rozmarzyłam się teraz na temat mojego łóżka, ale wracając do sprawy - nie mając szansy dostosować mojego lokum do warunków dobrej nauki, nie załamałam się tylko postanowiłam zmienić lokum. Od tego czasu egzystuję w czytelni biblioteki. Ma to, w gruncie rzeczy, same zalety:
- mam biurko, którego nie stworzył fan ludzi bez nóg
- mam krzesło, na którym litościwa ręka położyła poduszkę (chyba że akurat nie położyła, ale wtedy można ja ukraść z sąsiedniego krzesła)
- mam kilkanaście szaf książek na tematy humanistyczne i kilkadziesiąt na inne, gdybym akurat dla rozrywki zapragnęła poczytać o mikrobiologii albo matematyce dyskretnej
- ilość książek dookoła kojarzy mi się z domem rodzinnym
- są dachowe okna na których gołębie prowadzą bogate życie erotyczne 
- nic mnie nie rozprasza, o ile usiądę tak, by mieć przed sobą ścianę, a półki na tyle daleko, by nie widzieć tytułów, oraz w zasięgu mojego wzroku nie będzie żadnej estetycznej osoby
- nie mam innego wyjścia, jak tylko się uczyć
- wszyscy dookoła dają mi dobry przykład
- istnieje realna obawa, że gdzieś obok siedzą moi znajomi, więc muszę chociaż udawać pilność, żeby budować dobrą opinię o sobie
- po tutejszej kawie z automatu nie wyrastają ci nibynóżki i nie masz rewolucji żołądkowych
- wstyd mi wyjść zbyt szybko
- cała sala słyszy jak wstaję, więc ograniczam rozrywkowe chodzenie do toalety
- wszyscy widzą co robię na laptopie, więc staram się, żeby było to nauka albo wyglądało na naukę (np. pisanie na bloga)
- łatwo mi policzyć, ile godzin się uczyłam

Metoda do nauk trudnych i nielitościwych:
Ćwiczę deklinacje łacińskie, które są największym złem stworzonym przez ludzi. Najpierw w kolejności: N,G,D,Acc,Ab,V, liczna pojedyncza i mnoga. Potem na raz obie liczby. Potem obie liczby od tyłu. Dostaje mózgościsku, zapominam, jakiego języka się uczę. Więc od początku. Ściana. Heh, jaka ładna ściana. N,G,D,Acc,Ab,V pojedyncza i mnoga, teraz od tyłu, teraz nie po kolei przypadki, teraz każda liczba w innym przypadku. Czuję się wymiataczem pierwszej deklinacji. W nagrodę idę do regału filozofii i na dobry początek wyciągam Tatarkiewicza. Czytam rozdział od egzystencjalizmie, heglizmie albo czymkolwiek raczej współczesnym, a jak najdalszym od łaciny. Jeżeli po owym rozdziale jestem w stanie powtórzyć deklinację od tyłu i w każdy dowolny sposób, prawdopodobnie się jej nauczyłam. Uczę się więc kolejnej i sięgam po cięższego przeciwnika, najlepiej Kołakowskiego. jeżeli zrozumiem cokolwiek z jego pism i po tym jestem jeszcze w stanie powtórzyć deklinacje w dowolnej konfiguracji, to nie tylko się ich nauczyłam, ale też jestem w wybitnej kondycji umysłowej (bo z Kołakowskiego nie zrozumiałam jeszcze nic, mimo wielu prób). Z tej radości popijam energetyka, chwilę gapię się w ścianę, czytam tytuł książki na półce (,,Ciało i kobieta" czy ,,Ciało i mięta"? Nie wiem, to dział psychologii.) 

Poza apoteozą biblioteki miejskiej w Krakowie ten post nie niesie tak naprawdę głębszego przesłania. W tym semestrze moja postawa naukowa była tak godna pożałowania, że mogę się z niej już tylko śmiać. I oglądać memy ze studentami z kamienicy Łęckich, które polecam wszystkim wielbicielom bycia stereotypowym studentem. A o tychże stereotypach jeszcze napiszę, jak wygrzebię się z sesji (i sesji poprawkowej, podpowiada mi demon łaciny).
Na zdjęciu oczywiście podręcznik do łaciny.


10 komentarzy:

  1. Ooo. Ja chyba nie czytałam tego tekstu, który sprawił, że nie rzuciłaś studiow. Ja sobie swoje darowałam. Przynajmniej na ten rok i przynajmniej dzienne.
    A efektywnie uczyć się ciągle nie umiem. Mam też wrażenie, że z roku na rok jest gorzej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Takie urocze obrazki w podręczniku do łaciny?! Podłość. Świetnie czyta się czyjeś relacje ze studiów, gdy się jeszcze studentem nie jest i naiwnie się myśli - eee tam, chyba nie będzie tak źle. No, się zobaczy. W okolicy jest trochę bibliotek, więc może jakoś dam radę. Na razie cieszę się końcówką licealnej wolności. Urzekła mnie mowa pochwalna dla Twojego łóżka! Naprawdę magiczny sprzęt domowy.
    "Estetyczne osoby"? Ładne określenie. "Rozrywkowe chodzenie do toalety" - też ciekawe. xD Wiesz co? Te Twoje studia wydają się całkiem inspirujące! Podobnie jak krakowska biblioteka publiczna, oczywiście. Powodzenia na sesji!
    Ballady Bezludne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Studia są w ogóle bardzo inspirujące, a zwłaszcza studia polonistyczne i związane ze sztuką. Wręcz wytwarza się swoisty paradoks: twoje studia inspirują cię do tak wielu rzeczy, że robiąc je wszystkie zawalasz studia z braku czasu, ale nigdy nie możesz zawalić ich do końca, bo straciłbyś źródło inspiracji :D

      Usuń
  3. Matko, łacina. Koszmar mojej klasy :D Niby jedna godzina w tygodniu, a sieje popłoch - deklinacje, koniugacje, Horacy na pamięć z idealnym akcentem, te sprawy :') Moja klasa mojego zdania nie podziela, ale ja całkiem lubię ten przedmiot - bo to naprawdę ciekawe, odkrywać źródła współczesnych języków, matkę języków romańskich i nie tylko. Robi się mniej ciekawe, gdy trzeba wkuć milion słówek, noale :D
    Lubię czytać o Twoim studenckim życiu; pewnie trochę je romantyzuję, bo studia dopiero przede mną, poza tym nie ukrywam, że bardzo serio myślę o polonistyce w Krakowie (na razie najbardziej skłaniam się ku komparatystyce), więc wiadomo, że teraz wszystko wydaje mi się ciekawe i inspirujące. Zobaczymy, jak będzie za dwa lata. Zresztą, Twoje relacje generalnie świetnie się czyta, niezależnie, o jakim aspekcie życia studenckiego akurat piszesz, zawsze płynie się przez tekst i nie mogę przestać się uśmiechać.
    Ta krakowska biblioteka brzmi genialnie ♥
    Czasem mam wrażenie, że w tych poradnikach efektywnego uczenia się to jest o wszystkim, tylko nie o uczeniu się :D Znaczy, otoczenie jest ważne i generalnie są takie metody, które pomagają, ale niektóre poradniki brzmią dość kuriozalnie.
    Łóżko rzeczywiście magiczne! A określenie ,,rozrywkowe chodzenie do toalety" jest absolutnie w punkt.
    Pozdrawiam ciepło, trzymam kciuki za sesję i czekam na post o studenckich stereotypach!
    P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, bo ja też ,,romantyzuje" moje studia, czy wręcz ,,mityzuję" w takich tekstach :D Gdybyś pogadała z jakimś innym, pragmatycznym i nastawionym na sukces zawodowy studentem edytorstwa, pewnie powiedziałby ci całkiem inną historię. A mamy takich ludzi, bo akurat mój kierunek jest (jak na polonistykę) bardzo pragmatyczny, aż trochę źle się z tym czuję. Dlatego nie polecam ci edytorstwa, a bardzo polecam komparatystykę i antropologię kultury - zwłaszcza w Krakowie! Ej serio, to jest cudowne miasto, byłabym wzruszona gdybym chociaż trochę zachęciła cię do studiów tutaj i służę radą, tudzież dalszymi opisami krakowskiej polonistyki :)
      A łacinę tak naprawdę lubię. Tylko nie umiem. To trudna miłość.

      Usuń
  4. Też przesiadywałam w bibliotece, bo tam nie było ,,rozpraszaczy", miło to nawet wspominam po latach:) Łaciny nie znosiłam i rozumiem Twoje zniechęcenie. Trzeba jednak dotrwać do końca:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie biblioteka to było najgorsze miejsce i nawet przed narodową broniłam sie długo. Licencjat pisać na podatawie zdjęć, ktore hurtowo i szybko robiłam, że w tej bibliotece za często nie siedzieć.

      Usuń
  5. Świetny post! Aż się uśmiechnęłam czytając go. Bardzo fajnie piszesz :D
    Ahh, te magiczne krzesła, które potrafią pomieścić więcej ciuchów niż niejedna szafa. I ból nauki, oj znam to... cały styczeń się z nauką męczyłam, ale dałam w końcu radę! I Tobie życzę tego samego! Powodzenia z egzaminami, a zwłaszcza z łaciną! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja to miałam całkiem odwrotnie, wziełam się za naukę, i pierwszy raz w życiu wstawałam wcześniej by czegoś nauczyć się na zaliczenie. :o Nigdy nie poświęciłam spania, na naukę. :D

    OdpowiedzUsuń