wtorek, 8 sierpnia 2017

Słowo o sporcie




Wciąż nie czuję się w pełni władz umysłowych, ale chociaż to zdanie poprawiałam tylko raz. I w ramach ćwiczeń zaczęłam pisać tekst na ,,Kulturę na co dzień" z którą ostatnio zaczęłam współpracę. Szczerze to nie wiem, czy polecać wam ten portal aale jako redaktor czuję się w obowiązku - myślę, że sami wyczaicie, których artykułów nie warto czytać. Na pewno polecam ,,Piekło pocztowe".
*
Sezon w pełni, a w Decathlonie na dziale turystycznym tłok jak na Krupówkach. A w tym wszystkim ja, omijająca wspomniany dział szerokim łukiem i próbująca odnaleźć ,,fitness" bez straty morali. Snująca w myślach łzawą historię swojego związku ze sportem. 
   Czy znacie jakąś dobrą książkę o problemach ze sportem? Mi zaraz przychodzi do głowy kilka, ale tylko lekko zahaczających o ten temat. Takie urywki pamięci, których zawsze mam pełno (szkoda że autora i tytułu tak dobrze nie zapamiętuję.) Więc przede wszystkim Gruby Aleksandra Minkowskiego. Tak jakby ktoś myślał, że otyłość to problem ostatnich dwudziestu lat - akcja książki dzieje się zaraz po wojnie, autor to popularny pisarz czasów PRL-u. Chłopiec, który kiedyś wdrapywał się na najwyższe sosny, ale z głodu jadł korę brzozową wraca do ,,mlekiem i miodem płynącej" Polski i nagle odkrywa, że ma dwa podbródki, nie daje rady jeździć rowerem i dostarcza kolegom obfitego materiału do docinków. O biedaku, jak ja cię dobrze rozumiałam czytając ta książkę jako dzieciak. Powinieneś być symbolem dzieciaków wybieranych do drużyny jako ostatni, z mocnym naciskiem ze strony nauczyciela. Świetnie o tej książce pisał Beznadziejnie zacofany w lekturze. Głównie dzięki niemu przypomniałam sobie całość fabuły. 
   Za to za nic nie przypomnę sobie tych wszystkich książek dla nastolatek, których fragmenty kołatają mi się po głowie. Może i lepiej, i tak nie zamierzam wam ich polecać. Pamiętam jedną serię opisującą przygody ,,grubej" dziewczyny. Nosiła rozmiar M, więc oczywiście uważała się za ,,słonika" i co odcinek wpadała w kłopoty typu anoreksja, wsiadała obcym facetom do auta i potem nie mogła wydostać się z ich mieszkania itp. Najzabawniejsza była scena na basenie - otóż bohaterka codziennie rano szła na basen, wcześniej jedząc drożdżówkę z jagodami. Wyciągnęła na ten basen też koleżankę, ale ta miała problemy z pływaniem, bo trzymała głowę tak wysoko, żeby nie zepsuć sobie fryzury. Ciekawe jak wciągnęła na nią czepek. W każdym razie basen stał się dla bohaterki szeroką i jasną drogą do anoreksji a jej perypetie stały się dla mnie równie prostą drogą do stanów depresyjnych, bo w tym czasie nosiłam już L (więc kim byłam dla tej bohaterki? Kończą mi się grube zwierzęta jak o tym pomyślę). 
  Już po tych ułomkach pamięci widzę, że wspomnienia ze sportem miałam raczej traumatyczne, a literatura wcale nie służyła pocieszeniem. To nie były jeszcze czasy poradników, Chodakowskiej, kolorowego sprzętu do ćwiczeń. To była śmierdząca sala gimnastyczna i stare piłki. Ba, wtedy nawet nikt jeszcze nie biegał! Pierwszy raz zobaczyłam w mojej wsi biegającego człowieka kiedy byłam w liceum. Obszczekiwały go wszystkie wiejskie psy, trochę zdezorientowane tym zjawiskiem. 
   Na studiach sport zaatakował mnie z każdej strony. Internet oszalał na punkcie bycia fit. Moja wuefistka była najbardziej typową fit osobą jaką w życiu spotkałam i zawsze miała buty dopasowane kolorystycznie do reszty stroju. I fryzurę typu koński ogon - sport uprawiany bez tej fryzury się nie liczy, pamiętajcie. Po zaliczeniu spektakularnej gleby w czasie skoku w dal postanowiłam kupić sobie jednak nowe buty zamiast moich wyślizganych, pięcioletnich adidasków. Pojechałam do Decathlonu koło Plazy, cudem odnalazłam wejście do tego przybytku i kupiłam buty do biegania tak różowe, że prawie świecą w ciemnościach. Nie, nie lubię różu. Spełniałam marzenia z dzieciństwa. W ten landrynkowy sposób zaczęło się moje oswajanie sportu. Nie byłabym sobą, gdybym nie zamieszała w to kolorów. 
   W chwili obecnej dzielę moje ,,zajęcia sportowe" na niebieskie i różowe. Pierwsze są związane z górami - moja pierwszą, jeszcze dziecięcą sportową miłością. Kolor wziął się od koloru mojej czapki studenckiej (polonistyka ma granatową. Czapki studenckie i góry to ogólnie materiał na dwa osobne wpisy). Zdobywanie szczytów w innym nakryciu głowy w ogóle nie wchodzi w rachubę, więc dopasowałam do niej cały strój. Różowe jest wszystko co związane z bieganiem/jazdą na rowerze, od wspomnianych wyżej landrynkowych butów. Więc jeżeli spotkacie w Beskidzie osobę w śmisznej, granatowej  czapce to prawdopodobnie będę ja, i jeżeli spotkacie na krakowskich Błoniach osobę w różowych butach i różowych skarpetkach, a reszcie stroju konsekwentnie czarnej to też będę ja. 
   Czasami nawet jeżdżę tak autobusem. Znaczy od kiedy odkryłam zajęcia z szermierki historycznej w dość odległej dzielnicy Krakowa (pozdrawiam Bieżanów). W ten sposób przekonałam się, że ,,typowy opis nauki adepta na maga/wojownika/zbawiciela ludzkości w książce fantasy typu średniowiecznego" świetnie pokrywa się z ,,typowe zajęcia z szermierki w mojej grupie". Tak, to wcale nie było wyssane z palca, a raczej z palców autorów owego fantasy. Szermierka jest świetnym sportem, chociaż jestem jego bardzo wyrodnym dzieckiem, gdyż treningi nakładały mi się na zajęcia z gramatyki. Trudno być gwiazdą sportu, gdy lubi się swoje studia. Nietrudno za to uprawiać sport na studiach. Praca intelektualna wręcz wymaga, byś zrobił coś jeszcze. Nie uprawiam sportu dlatego, że go lubię. Bujda, wcale nie sprawia mi przyjemności. Nie mam genu współzawodnictwa. Nie działają jakieś endorfiny czy co się tam miało wydzielać. Nienawidzę się męczyć, być spocona i czerwona na twarzy, nie odchudzam się. Po prostu sport jest koniecznym odreagowaniem mojej pracy umysłowej. Jest też jedyną rozrywką, która nie przemęcza oczu. Na uczelnie siedzę i czytam, wracam do domu by położyć się i czytać. W tramwaju stoję i czytam, czytam w kolejce w Biedronce. Równo dzielę swoje zainteresowanie między litery na papierze a litery na ekranie laptopa. Czasami też piszę. Czasami skupiam wzrok na barwnej plamie rysunku zamiast czarnej literze. I tak dzień w dzień, tydzień w tydzień. Gdybym codziennie nie wyszła chociaż na spacer, moje oczy spakowały by się i wyszły po jakiś czterdziestu wspólnych latach. Razem z kręgosłupem, oczywiście. Więc sport to zło konieczne, by nie wtopić się w krzesło. A poza tym? Bycie fit? Nie, z tego samego powodu dla którego wole średniowiecze od starożytności. Kult ciała, mięśni, faceci ganiający się na olimpiadzie - cały czas mam wrażenie, ze nie w tym tkwi sedno. Stanowczo wolę powagę i dostojeństwo gotyckich katedr i średniowiecznych kobiet na miniaturach. 
   Ale bądźmy szczerzy, czasami jakbym nie poszła biegać to bym cały akademik rozniosła. Że mój mózg ma za dużo energii to wiem od dawna, ciało dopiero od pewnego czasu lubi mnie zaskakiwać tym, jak silną i energiczną istotą jest człowiek. 

4 komentarze:

  1. Odkąd poszłam do liceum i mnie oczy dają się we znaki (pewnie nie w takim stopniu jak Tobie). Bo jak nie rysuję to maluję, jak nie maluję to piszę albo czytam albo patrzę na telefon lub ekran monitora. Sportu brak. Już nawet po pewnym czasie przestałam czytać w tramwajach i autobusach, bo głowa po całym dniu siedzenia w szkole zaczynała boleć.
    Pomysł z uprawianiem szermierki wydaję się bajeczny (nawet dosłownie)! Myślałam, że napiszesz, że było to zetknięcie się z rzeczywistością i wcale nie jest to tak wciągające, jak było w książkach. A tu proszę.
    Jejku, jak cudownie :) (chociaż bardziej pociągające wydawały mi się zawsze bitwy krasnoludów czy karłów i te ich siekiery przecinające powietrze)
    Co do powieści o anorektycznych nastolatkach - zawsze omijałam je szerokim łukiem. Raz tylko przeczytałam "Karolinę XXL" siostrze przez ramię i... no. Nic z niej, jak mówisz, nie pamiętam, myślę więc, że nie było warto.
    Będę się rozglądać za studentką w granatowej czapce - sama kochaam góry. Zwłaszcza spanie w lesie pod gołym niebem i kąpanie się w strumieniach :) Polskie góry są przekochane i jakoś tak wzruszenie ściska serce, kiedy wejdzie się na szczyt i spojrzy na te łagodne "brzuchy". Zwłaszcza w Bieszczadach.
    Pozdrawiam cieplutko
    PS.Mam drobną uwagę co do układu tekstu - jest strasznie szeroki i oczy męczą się bieganiem od jednego końca ekranu do drugiego. Zauważyłam to dopiero teraz, bo na ogół czytam Twoje posty w telefonie.
    Poza tym bardzo lubię Twój szablon i ten minimalizm ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kąpanie się w strumieniach jest super, ale tylko jeżeli pamiętasz o zdjęciu butów :D
      Chyba masz rację, ja sama nie czytam swoich postów już wstawionych, tylko w Wordzie, a tutaj są rzeczywiście za małe marginesy. I chyba za duży stopień pisma. Miło, że komuś podoba się mój szablon, mimo że jest po prostu biały :D (ale tak miało być... Tak serio to miał jak najbardziej przypominać kartkę w książce).

      Usuń
  2. Sport w gimnazjum obrzydził mi wfista. W liceum dobiły mnie jakieś układy taneczne na ocenę, a ja poczucia rytmu nie mam :D Dopiero teraz jakoś sama się przekonuję to aktywności fizycznej i skłaniam się w kierunku biegania :)

    OdpowiedzUsuń
  3. We sporcie jakiś czas temu przeszkadzała mi ta cała moda na bycie fit i w sumie dalej mi przeszkadza. Kiedyś biegałam z koleżanka, teraz w obawie o moje stawy (trzeba wiedzieć jak biegać, aby ich nie zniszczyć, a moje i tak dziwnie trzeszczą) nie biegam. Za to chętnie gram w kosza. I w sumie się cieszę, że na swoich studiach mam trochę więcej sportu niż jest na innych kierunkach.

    OdpowiedzUsuń